Grudzień srudzień
Grudzień to czas, w którym bardzo dużo myślę o śmierci. W żadnym innym miesiącu nie zdarza mi się to z taką częstotliwością. Jestem przygnębiona, nostalgiczna i smutna. Pomaga mi tylko pies i książki. Coraz częściej wydaje mi się, że nie potrzebuję w swoim życiu ludzi. Lubię być sama, to znaczy z pieskiem, książką i spacerem.
Jestem rozdrażniona, ciągle wściekła, przygnębiona albo zgorzkniała. Dodatkowo, ciągle robię siku i nie znam przyczyny tego stanu rzeczy. Odwiedzam lekarzy, którzy nie za bardzo potrafią mi pomóc. Z tego powodu dużo czasu spędzam w Internecie na rozmowach z AI i szukaniu rozwiązania. Czuję, że uzależniam się od zadawania pytań sztucznej inteligencji i od aplikacji mojego zdrowotnego ubezpieczyciela - cały czas umawiam nowe wizyty albo teleporady. To wywołuje we mnie złość na samą siebie, nazywam siebie głupią idiotką, nieudałotą ( obelga usłyszane w serialu "Boża Podszewka") i kretynką. Słabe, okropne, wiem. W ogóle przestaje ostatnio wierzyć w siebie, w człowieka w ogóle. Nie jesteśmy kimś wyjątkowym.
Ostatnio zachwyciły mnie "Aranżacje w kolorze blue" Amy Key i "Dewocje" Anny Ciarkowskiej.
Ulubiony fragment z Ciarkowskiej o życiu:
Wymyśliliśmy, że coś się gdzieś zaczyna i kończy, i próbujemy połączyć te punkty linią ciągłą i prostą. I próbujemy po tej linii iść i opowiadać. A może ta opowieść to tylko złudzenie, że skądś przychodzimy i dokądś zmierzamy i że ktoś zawsze i wszędzie czuwa nad naszą podróżą.
No więc ostatnio nie idzie mi chodzenie po linii i opowiadanie.
Komentarze
Prześlij komentarz