Posty

Smutek vulgaris

 Wczoraj byłam na zakupach w minimarkecie i znowu poczułam smutek, o przyczynach którego pisałam w poprzednim poście. Sklep był dość pusty, pojedyncze osoby spacerowały między alejami, nie było kolejki do jedynej otwarte kasy, za przeszkloną ścianą widać było ogromny parking samochodowy przylegający do salonu samochodowego. Zwykła kostka baumana i gdzieniegdzie zalegające bryły zmrożonego śniegu. Było koło szesnastej, jeszcze się nie zmierzchało, jest już przecież luty. Smutno mi się zrobiło, patrząc przez szybę, taki niczyj był ten widok, do nikogo nie należy, nikt o niego nie dba, nie podziwia, nie zamyśla się zatrzymując wzrok na jakimś jego elemencie, nie wywołuje emocji, nie prowokuje myśli. Wszyscy tylko przechodzą obok niego, nawet nie omiatają go wzrokiem, zazwyczaj jeszcze się spieszą, widok za oknem jest sierotą. Zasmucają mnie wszystkie rzeczy i miejsca, które do nikogo nie należą i na których nikomu nie zależy. Miejsca i rzeczą muszą mieć kogoś, kto będzie o nie dbał, k...

Indonezyjskie smutki

Obraz
  Znacie taki rodzaj smutku, kiedy chce Wam się płakać na widok nieoświetlonej ulicy, smutnej, bo pustej i do nikogo na stałe nienależącej półeczki w hotelowej łazience, ciemnego kąta pokoju, bezpańskiego ręcznika plażowego? No właśnie tak teraz mam. Mam tak od czasu do czasu i teraz znowu mnie dopadło. Chociaż starałam się przed tym uciec, bardzo daleko, tysiące kilometrów od szarzyzny i nostalgii końca polskiego grudnia. Jestem na egzotycznych, rajskich wyspach i i tak to czuję. Jakoś smutno, czasami nawet do ścisku w gardle. Jestem z K., ale czuję się taka samotna. Nie z jego winy, to moja dusza o coś woła, czegoś chce. Nie wiem czego chce albo staram się to zagłuszać gapieniem się w ekrany i piciem soków owocowych. Tyle ludzi wokół mnie, a czuję się tak, jakbym była sama jedna. Tęsknię za dziecięcą, dla mnie prawdziwą, radością i nieskończoną ciekawością świata. Kryzys wieku średniego? Za 5,5 h godziny znajdę się w 40 roku życia. Przed chwilą się pomyliłam i napisałam: 49. No c...

Grudzień srudzień

 Grudzień to czas, w którym bardzo dużo myślę o śmierci. W żadnym innym miesiącu nie zdarza mi się to z taką częstotliwością. Jestem przygnębiona, nostalgiczna i smutna. Pomaga mi tylko pies i książki. Coraz częściej wydaje mi się, że nie potrzebuję w swoim życiu ludzi. Lubię być sama, to znaczy z pieskiem, książką i spacerem.  Jestem rozdrażniona, ciągle wściekła, przygnębiona albo zgorzkniała. Dodatkowo, ciągle robię siku i nie znam przyczyny tego stanu rzeczy. Odwiedzam lekarzy, którzy nie za bardzo potrafią mi pomóc. Z tego powodu dużo czasu spędzam w Internecie na rozmowach z AI i szukaniu rozwiązania. Czuję, że uzależniam się od zadawania pytań sztucznej inteligencji i od aplikacji mojego zdrowotnego ubezpieczyciela - cały czas umawiam nowe wizyty albo teleporady. To wywołuje we mnie złość na samą siebie, nazywam siebie głupią idiotką, nieudałotą ( obelga usłyszane w serialu "Boża Podszewka") i kretynką. Słabe, okropne, wiem. W ogóle przestaje ostatnio wierzyć w siebie,...

Sobota

Obraz
  Wciąż doleczam moje przeziębienie, do kompletu przyplątało mi się jeszcze jedno zapalanie. Więc to już postanowione, siedzę w domu, cały weekend. Towarzyszyć mi będą Sąsiadki . 10 poetek niemieckich w wyborze i opracowaniu Tomasza Ososińskiego ( wydawnictwo Warstwy) i Trzecie Królestwo Knausgarda ( wydawnictwo Literackie).  Poezja zdecydowanie pomaga mi nabrać dystansu do świata, ale przede wszystkim do samej siebie i mojego miejsca tu w tym nieskończonym wszechświecie. Nie rani mnie, nie smuci ani nie przeraża obraz mojej kruchości i znikomości na tle rozciągniętego nie tylko w przestrzeni ale również w czasie świata. Miliardy lat, miliardy lat świetlnych i w tym wszystkim ja ze swoim znojem dniam powszedniego. To mnie jakoś pociesza, oddala od swoich zmartwień i natarczywych myśli. Czytam i czuję jak lekko unoszę się nad ziemią, ale nie z powodu swojego mniemania o sobie, jest to raczej wynikiem spotkania ze świętością, bo tak ostatnio postrzegam poezję. Ona mnie uwzniośla...

Czytajmy poezję!

Obraz
 Po sobotnim pobycie w Karkonoszach znowu dopadło mnie przeziębienie. Ale i tak było warto wędrować, złote igły modrzewi, przedzieranie się przez zasypane suchymi liśćmi szlaki. Szelest pod butami. Najpiękniejsze były mgły, które z daleka wyglądają jak coś miękkiego i białego. Z bliska niestety już nie są aż tak przyjemnie, miękkość zamienia się w wilgoć a biel w ducha. Chmury i mgły to jedno z największych rozczarowań mojego dzieciństwa. Wierzyłam, że kiedyś, kiedy zdobędę jakiś wysoki górski szczyt uda mi się wskoczyć na chmurę, trochę na niej poleżeć, poszybować gdzieś niedaleko, przytulić się do niebiańskiej miękkości. Niestety, pamiętam jak dziś, jestem w górach z rodzicami i siostrą a mama  tłumaczy mi świat: to, co nas w tej chwili otacza to mgła. Jak to? To niemożliwe ! Ta przezroczysta wilgoć to chmura moich dziecięcych marzeń? Tak, to właśnie ona. Ech. Mimo tego rozczarowania wciąż uważam mgłę za coś magicznego, zupełnie nie z tego świata. Ale ja dziś nie o tym. Od p...

Listopadowe wędrowanie

Obraz
 Przyszedł listopad, w tym roku jakoś się go nie obawiałam. Długie leśne spacery z moim Słonecznym Psem i z K. Góry, również w tej samej konfiguracji. Jakoś leci. Już tu chyba pisałam jak bardzo kocham chodzić, wędrować, maszerować, snuć się po różnych przestrzeniach. Moje ciało i dusza najbardziej lubią wędrówkę- miarowy krok, delikatnie szybszy oddech, poruszone mięśnie i wymienione powietrze w płucach. Najlepiej maszerować w górach po lesie lub w lesie tuż przy morskim brzegu. Uwielbiam moment w czasie wędrówki, kiedy w końcu zaczynam czuć rozlewający się po całym moim ciele spokój, myśli przestają tak szybko płynąć, mięśnie się odprężają, a ja się uśmiecham, bo zaczynam czuć szczęście.  Staram się bardzo dużo chodzić, to mnie wyjątkowo wycisza i za każdym razem raduje. Potrzebuję szczęścia i spokoju. Jak dobrze, że chodzenie jest na wyciągnięcie ręki, jak lek, po który nie trzeba biec do apteki ani zamawiać go przez Internet. Wystarczy założyć buty ( można też iść boso), u...

Jesień

Obraz
 Nie napisałam tu ani słowa od 10 sierpnia. Za dużo od tego czasu też nie przeczytałam. Wczoraj skończyłam "Obiekty głębokiego nieba" ( Sine Qua Non) Jakuba Małeckiego. Bardzo mocno rezonowały z moim obecnym stanem. Stanem kobiety w kryzysie wieku średniego, w kryzysie różnych relacji z bliskimi mi ludźmi, z nostalgią wypisaną w oczach i smutkiem zagrzebanym gdzieś głęboko w trzewiach. Jakiś taki dziwny czas. Z jednej strony mocno nerwowy, chwiejny, a z drugiej powolny, balansujący w próbach odnalezienia jakiegoś rytmu, prądu, z którym albo według którego będzie można po prostu być.  Przez sierpień i pierwszą połowę września mocno się ze sobą boksowałam, boksowaliśmy się również wzajemnie z K. Nie wiem, czy coś z tego wyniknęło. Na pewno skutkami ubocznymi były wylane wiadra łez, nieprzespane noce, przekroczone granice kulturalnej dyskusji, brzydkie słowa padające z kochających przecież ust. Teraz jest spokojniej, lepiej śpię, prawie już nie płaczę, częściej pozwalam sobie cz...