40 letnia bezdzietna baba

 Jestem prawie 40 letnią babą. Boli mnie kręgosłup, ostatnio doszły do tego jeszcze bliżej niezdiagnozowane problemy neurologiczne z ręką i nogą. Nie mogę jeździć na rowerze, powinnam ograniczyć aktywność fizyczną. Płaczę, pisząc te słowa. Dzisiaj niedziela, dziwny dzień w tygodniu,  w który często nie wiem co ze sobą zrobić. Zazwyczaj poświęcam ją jakiejś aktywności fizycznej, rower, góry, długie górskie wędrówki. Siedzę w domu, K. pojechał na rower, chyba znowu się posprzeczaliśmy. Myślałam, że dzień w samotności dobrze mi zrobi, ale jest już po 14, a ja nie umiem sobie znaleźć miejsca, trochę poczytałam, bylejak poodkurzałam i czuję, że zaraz zwariuję. 

Na dworze jest gorąco, nudzi mi się, jednocześnie na niczym nie potrafię się skoncentrować. Mam milion myśli w głowie, milion pomysłów, ale nie mam sił na realizację żadnego z nich. Może odpocznę? Ostatnio czułam się totalnie wyczerpana fizycznie i psychicznie. Odczuwam totalny bezsens istnienia, właściwie nic nie przynosi mi radości, nawet jedzenie. Czasami potrafię jeszcze zatracić się w książkach i zapomnieć o otaczającej mnie rzeczywistości, do której jakoś zupełnie straciłam serce. 

Czuję się nie potrzebna, niekochana, niczego w życiu nie osiągnęłam, nikomu nie pomogłam, nikogo chyba w życiu naprawdę nie kochałam. Nie mam pasji, nie mam dzieci, czuję się wyczerpana. 

Może to przejściowe, może nie, bo już trochę trwa. Najchętniej zapakowałabym butelkę z wodą do plecaka i ruszyła przed siebie, ale jest za gorąco, a moje dolegliwości fizyczne nie pozwalają mi na swobodny długi marsz. K. zabrał samochód, ale może to i dobrze, bo ostatnio nie mogąc opanować łez wsiadłam do niego i pojechałam na cmentarz odwiedzić grób kogoś, kto kiedyś był, ale już go nie ma. Jadać cały czas płakałam, czułam, że musze to robić, że to wszystko musi ze mnie wyjść, wypełznąć, wypłynąć. Płakałam, śpiewałam, słuchając płaczliwych piosenek. Wpisałam nawet taką frazę do wyszukiwarki Spotfiy: piosenki do płakania, ale niestety nikt jeszcze nie stworzył takiej playlisty.

Jak tylko zatrzymałam samochód na parkingu, rozpętała się straszna ulewa, a potem pokazała się ogromna, nasycona kolorami tęcza. Parsknęłam wtedy śmiechem i zapytałam, czy to znak, czy Mój Bliski, którego doczesne szczątki spoczywają na tym cmentarzu,wie coś więcej i chce mi powiedzieć, że wszystko będzie dobrze? Tęcza ma mi otrzeć łzy? Nie potrafiłam w to uwierzyć, nie potrafię do dziś, przepraszam Cię, jeśli to rzeczywiście Ty chciałeś mi z miejsca, w którym teraz jesteś dać jakiś znak. 

Dopijam dzban zielonej herbaty, myślę o tym, żeby wstawić do lodówki piwo, poczekam aż na dworze zrobi się troch chłodniej i chyba wyjdę z książką i alkoholem na trawę. Moje życie to ciągłe na coś czekanie, do wszystkiego dojrzewam z opóźnieniem, ciągle wydaje mi się albo wydawało, że na wszystko mam czas, wszystko jeszcze się wydarzy, wszystko będzie dobrze. Ale ja już w to nie wierzę, wszystko już raczej chyba było, czasu jest coraz mniej, będzie co ma być. Tego właśnie chyba nie jestem w stanie zaakceptować. Czyli co, nie będę miała już tych dzieci? Ale czy ja w ogóle chciałabym je mieć? Tego właśnie w sobie nie znoszę, nie umiem podejmować ważnych życiowych decyzji. Tak samo nie wiem, czy dalej chcę być z K. Wydaje mi się, że od jakiegoś czasu się ze sobą męczymy, ale strach przed byciem samą nie pozwala mi się z nim rozstać. Chyba, bo tego też do końca nie wiem. Niczego nie wiem na pewno. Powinnam to zaakceptować, ale też nie umiem. Szarpię się ze sobą, kłócę, dyskutuje, ale nic z tego nie wynika. Nic z niczego nie wynika. Takie chyba właśnie to moje życie jest, bez sensu. 

Myśl o byciu w ciąży mnie przeraża, zajmowanie się małym dzieckiem, pokazywanie mu świata wydaje mi się czymś pociągającym. Miałabym wreszcie jakieś zajęcie, może sens życia. Kolejną rzeczą, która budzi mój strach jest dziecko 7 letnie i starsze. Czy umiałabym być dobrą mamą? Cierpliwą, kochającą, nie osaczającą? Jestem neurotyczna, potrafię chorobliwie martwić się o bliskich, kosztem swojego zdrowia psychicznego i fizycznego. Czy bym to wszystko udźwignęła? Czy potrafiłabym wybaczać sobie błędy wychowawcze? Brak cierpliwości, zmęczenie? Bo ja przecież nie umiem sobie wybaczać. 

Czy mogłabym żałować swojej decyzji? No właśnie, mogłabym. Tylu ludzi twierdzi, że dzieci to sens życia, może oni wcale nie kłamią, może to prawda? Na pewno miałabym zajęcia na kolejne przynajmniej kilkanaście lat swojego życia. 

Mam jakiejś upiorne ( może wcale nie upiorne?) wrażenie, że nie dożyje starości, ostatnio przemknęła mi przez głowę myśl, że może i moja mama mnie przeżyje. Moje kłopoty ze zdrowiem, wieczne zamartwianie się, stres, wysoka emocjonalność to prosta droga do przedwczesnej śmierci.

O życiu z dziećmi albo bez dzieci jest książka, którą skończyłam wczoraj:"Ewa" Vereny Kessler ( Wydawnictwo Filtry). 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Obsesja liczenia

"Oida" Marty Michalak, kryzys psychiczny i "Bila voda" Kateriny Tuckovej

Swirszczyńska jest mocą