Czytajcie Nine Lykke
Deszczowy ten czerwiec. Podoba mi się jego zapach, smak i temperatura. Spacery dodają mi sił witalnych, wdycham to orzeźwiające powietrze jakbym łykała garść suplementów niezbędnych w kapitalistycznym świecie. Ciągle myślę o tym, żeby być na zewnętrz, w lesie, na polnej drodze, w górach i chodzić, bardzo dużo chodzić. Tak trudno mi się skupić na pracy zawodowej. Chcę czuć te żyjącą przyrodę, słyszeć rozśpiewane ptaki i razem z roślinami czekać na deszcz. Uwielbiam przyglądać się zieleni zaraz po intensywnych opadach, mam wrażenie, że ona się bardzo cieszy, jest w euforii i wtedy kiedy jej się uważnie przyglądam, zaraża mnie nią i ja też mogę chociaż na chwilę poczuć rozpierającą mnie radość.
Lubię też obserwować ołowiane letnie chmury, tańczące na ich tle błyskawice. Dźwięk czerwcowego pioruna budzi we mnie wspomnienia dzieciństwa. Bezpiecznego rodzinnego domu, który był wtedy wymarzonym schronieniem w czasie deszczowej nawałnicy. Tak, zdecydowanie ten miesiąc koi moje nerwy i daje jakąś namiastkę poczucia szczęścia. Doceniam i cieszę się tymi ulotnymi chwilami, kiedy jest mi po prostu dobrze i w tym jednym momencie mam poczucie, że niczego więcej nie potrzebuje.
Jednocześnie cały czas myślę o śmierci, ale może łatwiej o niej myśleć, kiedy wszystko dokoła jakby na przekór budzi się do życia? Ostatnio dużo myślę o moim tacie, wciąż szperam w internetowych archiwach i szukam przodków. Niedługo rocznica śmierci taty, zmarł wtedy, kiedy tak pięknie kwitły lawendy.
Dużo myślę o krewnych, którzy byli tu przede mną, kiedy mnie tu nie było. Lubię oglądać stare fotografie miast i miasteczek, w których mieszkali i zastanawiać się, o czym myśleli kiedy chodzili tymi ulicami, jaki nastrój im wtedy towarzyszył. Jakie mieli poczucie humoru, jakie miny robili, kiedy byli zdziwieni albo skupieni, czy potrafili kochać i okazywać uczucia? Czy oni też dużo myśleli o tym, co już było i o tych, których już nie ma? Czasami wyobrażam sobie scenę, w której mnie poznają, przyglądają mi się, uśmiechają a w końcu czule przytulają i może nawet ronią parę łez wzruszenia.
Zaczęłam czytać książkę jednej z moich ulubionych współczesnych pisarek Niny Lykke "Gdzie są dorośli ? " ( Pauza). Już jedna z pierwszych opisanych scen mnie bardzo poruszyła i znowu poczułam, że to nie do końca ja znajduje sobie książki, które mam czytać, tylko one znajdują mnie. Główna bohatera jedzie tramwajem na cmentarz, żeby odwiedzić grób matki. W tej podróży towarzyszą jej myśli o tym, co nieuchronne w życiu każdego człowieka. W pewnym momencie zaczyna przyglądać się współpasażerom i zamiast ludzi widzi chodzące kościotrupy, zmierzające w różnych kierunkach szkielety pozbawione ziemskiego ciała. Wczoraj, idąc ulicami mojego miasta w podobny sposób przez chwilę patrzyłam na ludzi, było to dla mnie mocno uwalniające doświadczenie. Nawet teraz, kiedy to piszę i przypominam sobie całą te sytuację czuję lekkość, przed chwilą głośno i z ulgą wypuściłam powietrze z płuc. Uffff Ale to oczywiście nie oznacza, że nie boję się śmierci, swojej i swoich najbliższych. Ten mały performens w mojej głowie przyniósł mi po prostu chwilową ulgę.
Załączam do tego wpisu królewicza, którego stworzyłam podczas niedawnego szkolenia.
Teraz mu się przyglądam i widzę, że on też jest trochę szkieletem.

Komentarze
Prześlij komentarz